1 września 2016

Wszyscy mamy moc.

„Zepsułam się w jedną noc. Po urodzeniu syna. Nie miałam pół ciała. Czułam się, jakby mnie wcale nie było… Stwardnienie rozsiane zaatakowało i dosłownie zwaliło mnie z nóg.

11 lat trwało naprawianie, ale udało się. Teraz wiem, że wszyscy mamy moc”.

Z Marzeną Gądek (62 lata) poznałyśmy się kilka lat temu na studiach z neurokognitywistyki w szpitalu na Unii Lubelskiej. Pewnego dnia jedna z wykładowczyń mówiła o zaburzeniach neurologicznych. Mówiła też, że nie ma żadnych cudów w medycynie – jak ktoś jest chory, to jest chory. I kropka. Wtedy jedna ze studentek wstała i zapytała: „A ja?”. Zmieszana wykładowczyni zmieniła szybko temat.

 

Tą studentką byłaś TyJ. Opowiedz o swojej historii, która jest tak nieprawdopodobna, że aż trudno w nią uwierzyć. Jednak Ty jesteś tutaj, siedzisz naprzeciwko mnie i wyglądasz całkiem realnie. I przede wszystkim zdrowo.

W wieku 36 lat dowiedziałam się, że jestem chora na stwardnienie rozsiane. Miałam bardzo dziwne objawy. Na początku patrzyli na mnie jak na idiotkę. Ponieważ uszkodzony układ nerwowy potrafi wyprodukować niesamowity zestaw różnych odczuć. I trudno jest tę chorobę zdiagnozować.

 

Jakie miałaś objawy?

Objawy na początku nie były dla mnie istotne, bo pracowałam bardzo ciężko, nie miałam świadomości, że mam SM (stwardnienie rozsiane). Ja jestem z pomorskiego chowu. Jestem silną kobietą. Nie użalam się nad sobą. Kiedy zaczyna się SM na początku nie zwala z nóg, człowiek nie przestaje nagle widzieć, nie poraża go jak po wylewie, to są bardzo subtelne zmiany w centralnym układzie nerwowym. Zmiany są w mózgu, w rdzeniu przedłużonym. Uszkodzeniu ulega mielina, czyli osłonka nerwów. W tej chorobie wolno przechodzi impuls albo potyka się. Można powiedzieć, że centrala przestaje działać. Robią się spięcia. Jak w domu z elektrycznością. Jak mi się robi takie spięcie, to mięśnie mi się same spinają. Niezależnie od mojej woli…

 

Masz zmiany w mózgu?

A jak! Kilkadziesiąt. Teraz, mając sprzęty typu neuroobrazowanie mózgu, zdiagnozowanie stwardnienia rozsianego jest proste. Każdy neurolog na podstawie moich badań bezbłędnie poda diagnozę.

 

No i jak to było? Kiedy zaczął się ten impuls do samo-zdrowienia?

Od początku. Wzięłam odpowiedzialność sama za siebie. Każdy odpowiada za siebie. Każdy ponosi odpowiedzialność za swoje życie. Ja, mając jednodniowe niemowlę, musiałam wziąć pełną odpowiedzialność za moje życie. Byłam mamą. Obudziłam się w drugiej dobie po porodzie, mając 38 lat i okazało się, że nie mam ciała, że nie istnieje moje ciało od piersi po czubki palców u nóg. Mam na szczęście porażenie spastyczne – czyli uszkodzenie mojego układu nerwowego powoduje nadmierne spięcie mięśni, które spinają się same, mimowolnie. Jak się zepnie taki mięsień, to nie można nic zrobić, póki nie puści. Drugie porażenie nazywa się wiotkim i wtedy człowiek jest jak szmaciana lalka i to jest dużo trudniejsze. Jak masz spastyczne, to jest łatwiej, bo jak już nogę postawisz, to może stać przynajmniej jak kołek. Tak było w moim przypadku…

 

Czyli SM zaatakował Cię w drugiej dobie po urodzeniu dziecka?

Tak.

 

Długo miałaś taki stan?

 11 lat. Dokładnie mogę powiedzieć, że zepsułam się. Obudziłam się zepsuta. Używam celowo takich słów, bo to jest właściwe słowo. Co mam powiedzieć, że obudziłam się chora? Każdy przecież jest jakoś chory. Słowa są ważne. Słowa nie są przezroczyste.

 

11 lat byłaś unieruchomiona?

Nie mogłam być unieruchomiona. Nie mogłam sobie na to pozwolić. Jak jesteś matką, to i bez nóg będziesz chodzić. Miałam dziecko. Najważniejszą rzeczą w tego typu chorobach jest, by nie pozwolić żeby się tobą zajęto. Nie pozwolić, żeby ktoś przejął nad tobą opiekę.

 

Nie być ofiarą?

Ja takich słów nie używam. To nie jest kwestia ofiary. Chodzi o to, by nie być pacjentem. Najbardziej bierną formą człowieka na świecie jest pacjent. Tu chodzi o samodzielnego człowieka. Samodzielnie żyjącego tak, jak chce. Samoobsługowego. Odpowiedzialnego za siebie. To o to chodzi w naszym życiu. Nie chodzi o to, by być najszybszym, najbardziej inteligentnym czy najsprytniejszym. Nie musimy być najlepsi na świecie, ale na tyle dobrzy żebyśmy poradzili sobie z naszym życiem. Z tym, co sobie wybraliśmy albo z tym, co zesłał nam los. To nie jest heroizm żyć swoim życiem. Każdy musi się sobą zająć. Rodzisz się, a na koniec umierasz. A to co pomiędzy jest życiem. Każdy człowiek ma czasami wszystkiego dosyć. I według mnie nie ma prawa do ucieczki w śmierć, czy poddanie się, bo życie jest dziedzictwem odwagi naszych przodków, którzy walczyli po to, abyśmy my żyli.

 

Masz niewiarygodną siłę. Skąd wziął się w Tobie ten impuls?

No właśnie z pomorskiego wychowania. Bo teraz na jedno dziecko przypada zbyt wielu dorosłych. Dziecko w naszych czasach ma wszystko. I ma stać się nie wiadomo kim. Jednocześnie daje się mu za dużo wyborów. Nie można dawać dzieciom rządzić. Dziecko nie może przejmować odpowiedzialności. W konsekwencji wyrastają z takich dzieci słabi młodzi ludzie. I młodzi ludzie jak przeczytają, że mają nieuleczalną chorobę, to załamka. Nieuleczalne dla medycyny. To brzmi jak wyrok. A oprócz medycyny, która jest niezwykła i robi cuda, jest jeszcze cały wszechświat, który jest do dyspozycji nas wszystkich. Ludzie są uwiedzeni przez medycynę. Bo medycyna naprawia nogi, ręce, serce, oczy, mózg. Trzeba tylko znaleźć odpowiedniego profesora. Ale w wypadku chorób „nieuleczalnych” jak stwardnienie rozsiane jest bezradna, rozkłada ręce…  A są techniki samoleczenia, które naprawiają ciało.

 

Ty zaczęłaś z tymi technikami od początku?

Gdyby mój syn nie urodził się wtedy, kiedy ja się zepsułam, to by mi się nie chciało naprawiać. To był dla mnie ogromny bodziec. Musiałam szukać jakichś metod. Nie mogłam nie robić nic. Miałam takie wewnętrzne przekonanie, że nie ma takiej sytuacji, z której ktoś na świecie by się nie wygrzebał. Jeżeli jednemu człowiekowi coś się udało, to już podważył to, że jest to niemożliwe. Jeżeli on jest człowiekiem i ja jestem człowiekiem, to znaczy, że ja też to mogę zrobić. Nie wiem jak, ale będę szukała sposobu, żeby to zrobić. Żeby się naprawić, żeby dało się żyć.

 

Przed porodem nie miałaś objawów?

Przed porodem byłam w dobrym stanie. W dobę po porodzie obudziłam się w innym świecie. Nie mogłam nawet siedzieć. Ale nie mogłam sobie pozwolić, żeby pokazać lekarzom, że coś ze mną nie tak, bo bałam się, że zabiorą mi dziecko. Byłam do tej pory bardzo silna fizycznie. A tu raptem nie kontrolowałam swojego ciała. To jest bardzo trudne doświadczenie. Budzisz się w obcym ciele. Uczyłam się siebie na nowo. Ja jestem bardzo zawzięta. Jak coś mogę, to to robię. Moja mama jest lekarzem, na początku pomagała mi. Potem zostałam sama w domu. Wiem, że człowiek może przejść niewiarygodne rzeczy. Ma w sobie ogromną moc. Ja to wiem z historii rodzinnych. Jak jest twardy, to sobie poradzi. Trzeba tylko sięgnąć do swojej mocy. Bo ją mamy. Wszyscy mamy siły w sobie. Tylko trzeba po nie sięgać.

 

No i jak to było? Ty sama z maleństwem…

Powoli się wygrzebywałam. Na początek nie mogłam myśleć nawet na 10 minut do przodu. Musiałam być w teraźniejszości. Czysty buddyzm. „Teraz mam dojść tam. Teraz mam zrobić to. Teraz mam załatwić tamto”. Na myślenie o przyszłości nie masz energii. Trzeba przetrwać tylko ten moment. A potem zobaczę, co będzie. A potem będę myślała, co potem. Skreślałam pół dnia i kolejne pół dnia. Było już o pół dnia do przodu, bo ja w każdym momencie mogłam się kompletnie zepsuć. Jak przeżyłam pół dnia, to wiedziałam, że o pół dnia moje dziecko będzie starsze, bo w każdej chwili mogłam przestać istnieć. Komuś o pół dnia byłoby łatwiej się nim zająć.

 

Jak to wyglądało fizycznie? Jak się poruszałaś?

Na początku, jak się nachylałam do przodu, to wszystkie mięśnie mi się napinały i się wyginałam w taki kompletny łuk, nogi mi się podwijały, potem zsuwałam się na kolana, na czworaka i po kanapie wstawałam. Tak funkcjonowałam. Miałam dziecko. Dziecko potrzebuje, żeby matka była blisko i je karmiła. To ja byłam blisko i je karmiłam. Wystarczyło, że byłam. Nie było realne, żebym pracowała na początku, bo mnie prawie nie było. Dokładnie tak się czułam, jakby mnie prawie nie było…

 

Ile czasu Cię prawie nie było?

Trudno powiedzieć. Był czas, że chodziłam o dwóch kulach. Nie stałam pionowo. Nie byłam w stanie utrzymać pionu dłużej niż chwilę. Chodziłam na tych kulach w taki sposób, że bujałam się mocno. Był też okres, gdy chodziłam na czworaka do ubikacji. Mogłam czasami nie chodzić w ogóle. To trwało około 11 lat.

 

Od czego zaczęło się więc Twoje „naprawianie”?

Zaczęło się od tego, że w międzyczasie ja, prawie nieistniejąca, obejrzałam program telewizyjny o bioenergoterapii. Potem zobaczyłam gdzieś ogłoszenie, że tego typu kurs jest organizowany w Poznaniu. Nie byłam w stanie pojechać, bo nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca. Na kurs pojechali po tę nową wiedzę dla mnie moi rodzice. Wiedziałam już, że jest jakiś sposób. Zaczęłam szukać. Synek miał już półtora roku. Zobaczyłam jakieś mgliste światełko w tunelu.

 

Co było potem?

Pierwszym prawdziwym wyjściem z samego dna, odbiciem się od niego, była dla mnie metoda Silvy. Mój synek miał wtedy prawie 2 latka. Wytrzymałam od 9:00 do 20:00 na zajęciach. To był wyczyn, ale wiedziałam, że to jest dla mnie dobre. Poznałam tam praktyki, narzędzia do pracy z umysłem, z podświadomością. Wiedziałam już, że można coś ze sobą zrobić. Potem, używając tej techniki, zamknęłam pewne sprawy życiowe, których nie mogłam zamknąć przez 12 lat. Zaraz potem pojechałam z synkiem do Wrocławia na drugi stopień Silvy. Potem skończyłam wszystkie kursy samoleczenia Silvy, jakie były. Jeździłam do Zabrza, Warszawy. Silva jest dla mnie jak abecadło. Jest bardzo logiczna.

 

Czyli na początku była Silva, coś jeszcze?

Uczyłam się z wielu książek. Wtedy za mało mnie było, żeby zrozumieć te techniki, miałam jeszcze za mało energii. Teraz są one dla mnie proste jak drut. Ale robiłam je. Powtarzałam.

 

Nabierałaś sił?

Tak, ale to był dopiero początek. W 1999 r. poszłam do pracy, ktoś za mnie poręczył, że dam sobie radę. Trzymałam się biurka, żeby pod biurko nie spaść. Pracowałam w firmie prawnej i sprawdzałam tam dokumenty. Byłam jedyną osobą, która nie opuściła jednego dnia z powodu choroby. Pracował tam ze mną kolega – Piotr Ciesielski (www.tai-chi.net.pl), który mówił, że nie mógł na mnie patrzeć, jak ja pełzam po schodach na pierwsze piętro. Piotr znał karate i tai chi. I mówię do niego – znajdź coś Piotr. I on nauczył się Qi gong tak naprawdę dla nas.

 

Czyli Qi gong był dla Ciebie elementem kluczowym?

Tak. To był rok 2003 i pamiętam to jak dziś. Po pierwszych ćwiczeniach z Qi gong dwa dni leżałam jak trup. Moja znajoma neurolog twierdzi, że często są mocne pogorszenia i potem jest poprawa. Ja byłam pewna, że się już skończyłam. I kolejnego dnia, to był poniedziałek, usiadłam i ruszyłam palcami u stóp. Coś przebiło się, połączyło. Miałam wtedy myśl, że jestem naprawiona. I tak się naprawiałam z dnia na dzień jak na amerykańskim filmie. Bardzo szybko nie potrzebna mi była lewa kula, przeszkadzała mi.

 

W ile czasu się naprawiłaś?

Ja po pierwszych zajęciach zaczęłam się naprawiać! A w 3 miesiące się naprawiłam. Ćwiczyłam raz w tygodniu, ale wszystkim. Całym ciałem i umysłem. Używałam wyobraźni. Czułam dotknięcie energii. Na oczach ludzi się naprawiłam.

 

Jak myślisz, co jest najważniejszym elementem w procesie uzdrowienia?

Jednym z pierwszych kroków, jaki musisz zrobić, jak masz tzw. „nieuleczalny” problem, to zastanowić się, jakie masz korzyści z tego nieuleczalnego stanu. Co ci to załatwia w życiu? Przynajmniej musisz uświadomić to sobie. Jest bardzo wiele elementów tej układanki, która się składa na uzdrowienie.

 

A co dla Ciebie było cudem?

Jeszcze większym cudem, niż to, że to się połączyło, to znaczy, że stopy zaczęły działać, było to, że ja, chodząc tyle lat w taki przykurczony sposób, miałam ogromne problemy z biodrem, a w momencie jak odrzuciłam kule, biodro wskoczyło, wyprostowało się i nic mnie nie boli. Nie mam problemów z odcinkiem krzyżowym kręgosłupa. Nie dokucza mi. Jeden z lekarzy, jak zobaczył moje zdjęcie kręgosłupa, to się dziwił, jak człowiek z takim kręgosłupem, może w ogóle stać. A mnie nie boli, to jest cud, jak cała reszta. Ale nie jestem odosobniona. W naszym ośrodku (Polskie Towarzystwo Stwardnienia Rozsianego Szczecin – www.ptsr.szczecin.pl) jest wiele osób, które są przykładami cudu.

 

Podsumowując, co jest kluczem?

Myślenie, że to jest możliwe.

 

Co jest możliwe?

Myślenie, że naprawienie swojego ciała jest możliwe. Wbrew temu co np. mówi medycyna  konwencjonalna, tylko narodziny i śmierć są zakodowane w nas. A środek jest do naszej dyspozycji. Myśl skupiona jest jak laser. Jak w medytacji, przecież sama o tym wiesz, uczysz medytacji. Jak coś robisz, to to robisz albo nie robisz. Ta skupiona ludzka myśl ma ogromną moc.

 

Co byś chciała powiedzieć ludziom?

Że mamy obowiązek używać rozumu, po to go dostaliśmy. I wolnej woli, kiedy jest mi bardzo źle, jak każdemu człowiekowi, to myślę sobie, jak wyjątkową i niezwykłą rzeczą jest urodzić się człowiekiem. To jest przywilej urodzić się człowiekiem. To jest taka rzadkość, a my tego w ogóle nie doceniamy.

 

Czy trzeba wierzyć, żeby się samo-uleczyć?

To nie jest kwestia wiary. Trzeba po prostu robić. Ja nie muszę wierzyć, że zacznę pisać i czytać. Ale jak będę robić te wszystkie kółeczka i kreseczki, to najpierw będę rysowała kulfony, ale kiedyś w końcu nauczę się pisać. Jak będę się uczyć, to się nauczę. Trzeba działać.

 

Czy Ty inspirujesz innych?

To nie jest tak. Nie wiem, czy ja kogoś mogę inspirować. Nie można kogoś zainspirować, jeżeli człowiek nie będzie chciał być zainspirowany. Jeśli nie poszukuje, to odpowiedź może mu leżeć tuż przed nosem, a on tego i tak nie zauważy. Ja wiedziałam, że mi się uda pewnego dnia, a jak nie to padnę w boju, nie czekając, aż ktoś mnie uratuje. Za mnie nikt nie będzie chodzić. Nigdy nie oczekiwałam, że raptem będzie lepiej, nieustannie poszukiwałam. I szłam do przodu. Działałam. Uczyłam się nowych technik. Qi gong był po prostu kolejnym narzędziem. Zadziałał. Ale nie sam. Bez pomocy mojego umysłu i bez przygotowania nie sądzę, żeby przydarzył mi się taki cud. Znajoma lekarka mówi, że naprawiłam się, bo byłam jak dobrze uprawiane pole, na które trafiło dobre ziarno. I coś w tym jest…

 

Dziękuję za rozmowę.