7 września 2016

Zaangażowanie, sukces i szczęście.

Ile razy w życiu przestawało mi się powodzić, a moje zaangażowanie przynosiło same niepowodzenia lub brak powodzenia, odpuszczałem. Ładne słowo, prawda? Wyciszałem się, siadałem w kącie kanapy otulony kocem i milczałem. Patrzyłem wokół niewidzącymi oczami, słuchałem niesłyszącymi uszami, aby nie zobaczyć i nie usłyszeć latających wokół diabełków i złośliwych duszków, nie zmierzałem ich też pacać packą na muchy, niech sobie polatają i odlecą. Przeczekać czas niesprzyjający. Zaangażowanie w budowanie szczęścia zamieniałem na przeczekanie niesprzyjających okoliczności. Nie są one wieczne, też chcą żyć, po co je zwalczać i mieć na sumieniu? W końcu anioły nie byłyby takie pożyteczne i piękne, szlachetne, gdyby nie było złośników, diabełków niedobrych. Zatem zaangażowanie w szczęście ma swoją filozofię. Szczęście bowiem to coś takiego, co daje nam los bezinteresownie, coś na co nie musimy ciężko i długotrwale pracować.

Szczęście nie jest tym samym co sukces. O szczęście trzeba nie tyle walczyć, co być na nie wrażliwym, umieć je dostrzec, czasami jest takie malutkie. Małe nieszczęście bez wątpienia jest szczęściem, jeżeli wyobrazimy sobie, jak wielkie mogłoby być. Maleje tym bardziej, że po nim możemy oczekiwać szczęścia, bo takie są koleje losu. Na szczęście czy sukces trzeba być przygotowanym, cierpliwie oczekiwać. Bywa, że mijają dni, tygodnie, miesiące a nawet lata, podczas których nie mamy szczęścia, a sukces nie przychodzi, chociaż bardzo się staramy. Ale to w końcu przyjdzie, to będzie zwykły wtorek albo środa. Jak za sprawą czarów wszystko się odmieni, oczekiwany sukces nadchodzi, a z nim uczucie szczęścia, tylko trzeba być gotowym na ich przyjęcie. Oczekiwanie samo w sobie jest piękne, ponieważ jest równoznaczne z nadzieją i optymizmem.

Sukces ma często wymiar materialny, szczęście jest wartością niematerialną, uczuciową, ideą dążenia i bycia. W zasadzie słowo „zaangażowanie” należy zamienić na „dążenie”, świadome, systematyczne dążenie do sukcesu i szczęścia, bo one są jak w bluesie drogą a nie celem. Po drodze obdarowujemy ludzi swoimi intencjami, dobrymi dążeniami, cieszymy się ich sukcesami i szczęściem. A to oznacza, że sukces i szczęście są wartościami wspólnymi. Nie mogę sobie wyobrazić pojedynczej osoby szczęśliwej w otoczeniu ludzi w nieszczęściu, cierpiących. Sukces i szczęście to zbiorowe dobro, nie tylko osobiste. Może być, że nadmiar sukcesu i szczęścia zburzy rozsądek, dlatego z pokorą należy przyjmować zarówno sukces i szczęście tak samo jak porażkę i nieszczęście. A czym jest nieszczęście? Brakiem szczęścia? Gdzie są granice sukcesu i porażki, szczęścia i nieszczęścia? Nie wiem, bo to są pytania ostateczne, na które każdy z osobna musi odpowiedzieć prędzej czy później.

Kto w historii ludzkości na takie pytania dawał odpowiedź? Ernest Hemingway, Józef Tischner, żołnierze nieznani, ludzie skaczący z okien po zamachu z World Trade Center w Nowym Yorku, rodzice dzieci z chorobami letalnymi, bezdomni, Napoleon na wyspie Elbie, Sai Baba, Amy Winehouse,  Budda, Agnieszka Osiecka, Zofia, bohaterka powieści „Wybór Zofii” Williama Styrona? Można takich osób przytoczyć wiele, może nawet wszystkich żyjących współcześnie i w historii. Można także zadać pytanie, czy dotyczy ono tylko ludzi, czy także fauny, flory, Drogi Mlecznej, innych galaktyk, wszechświatów i samego Stwórcy tego wszystkiego. Powoli zbliżam się do objętości artykułu zaleconego przez redakcję i powinienem kończyć. Mógłbym oczywiście pisać jeszcze długo, co nie znaczy, że coś więcej bym istotnego wymyślił. Zatem zdążam do puenty, to taki zwyczaj z czasów studenckich. „Nawet gdybyśmy znaleźli inny Eden, nie bylibyśmy w stanie cieszyć się nim prawdziwie ani zostać w nim na zawsze” Henry Van Dyke.